Nienadniemeńskie smółki

Upał taki, że nie chce się siadać do komputera. Palce lepią się do klawiatury, koszula do pleców, a krzesło do dupy.

Chochliki myśli zmówiły się i miast układać ładne zdania, dobierać słowa i dumać nad mądrymi sentencjami, które przyniosłyby mi w przyszłości nieśmiertelną sławę, chwałę i grosz na chleb z omastą, podsuwają obrazy bryzgających wodospadów, wijących się rzek, szemrzących wśród traw strumieni i chłodnych lasów. Skubane, chcą mnie nakłonić do napisania kontynuacji Nad Niemnem.


Zza okna dobiega świergot ptaków. W domu zaduch. Pies na fotelu wywalił wstążkę języka i dyszy jak przedwojenny parowóz. A ja nie wiem, co pisać. Może się złamać i opisać ten Niemen. Albo śpiącego psa. Albo psa śpiącego nad Niemnem.
I tak siedzę sobie nad klawiaturą, udaję, że coś piszę, i bujam sobie w obłokach. Ptaszynom zaschło w dziobach i szukają cienia. A ja się coraz bardziej przekonuję do tego Niemna.


– No pewnie, żaden problem – powiedział mąż. – Już się pakuję i jadę siedemset kilometrów, żebyś sobie obejrzała nadniemeńskie świerzopy.
– To Pan Tadeusz. U Orzeszkowej były goździki, dzwonki leśne i smółki.
– A co to, u diabła, są smółki?
– A bo ja wiem? Pewnie coś czarnego, albo brudzącego. Albo czarnego i brudzącego.
Zamyślił się ten mój niechętny wyprawie mąż, w zadumie gładził brodę, i gdyby miał wąs, pewnie by go podkręcił. Wreszcie spakował sprzęt i obiecał pokazać mi smółki. Dlaczego miałabym mu nie wierzyć?


Drzewa cedziły słoneczne promienie, pstrząc wszystko cętkami światła i cienia. Wiatr szeleścił w listowiu, figlarnie zdmuchiwał puder z lic niewiast i chłodził zgrzane policzki panów. Ludzie tłoczyli się, dzieci biegały i czepiały się spódnic. Straganom wyrosły ogony kolejek, a zorganizowane grupy gołębi grasowały przy budkach z jedzeniem. Ktoś dmuchał w trąbkę, ktoś inny dał dziecku bębenek. Plac tętnił życiem, w powietrzu czuć było oczekiwanie, a na strunach rozpiętych na horyzontach szyn, rozgrzewały się przed biegiem industrialne smółki.


Elegantki w wyszczuplającej czerni z przyciągającymi wzrok dodatkami szkarłatu, hipiski w kolorach ziemi i błękitne marzycielki.
Na co dzień, śnią mechaniczne sny o kilometrach przebytych lat. Ale dziś, wybudzone, stanęły na stacji i mrucząc jak olbrzymie koty, prężą wiązary, błyskają w słońcu korbowodami, przedmuchują gwizdki.


Zardzewiała smółka z bocznicy patrzy zazdrośnie na koleżanki. Ślepa na jedno oko, pozbawiona szyb i części mechanizmu, już nigdy nie ruszy do biegu. Kilkoro szkrabów rozsiadło się na tenderze, dziewczynka z mysimi warkoczykami wdrapuje się na schodek. Tata pomaga jej wejść do dawno opuszczonej budki maszynisty.


Szczęśliwsze koleżanki, z którymi czas obszedł się łaskawiej, westchnęły z głębi kotłów i ruszyły w trasę. Para przesłoniła niebo, gwizd zagłuszył bębenek i blaszaną trąbkę. Tłoki jęknęły, a nienadniemeńskie smółki popłynęły dostojnie, statecznie, jak myśli w letni dzień, gdy upał jest taki, że nie chce się siadać do komputera. Palce się lepią do klawiatury, koszula do pleców, a krzesło do dupy.

Tak było 😀
Wolsztynie, pokaz starych lokomotyw.

Elegantka

Niemal jak na chmurce

Inne nasze wycieczki

No Comments Yet.

Leave a comment