Bardzo dziękujemy pani Julicie, dzięki której to wszystko obejrzeliśmy, sfotografowaliśmy i przeżyliśmy niesamowite przygody, o których jeszcze przez długie lata będziemy opowiadać wnukom. Nie naszym, rzecz jasna, ale wnukom naszych znajomych i tym zupełnie przypadkowym, dorwanym na placach zabaw i w hipermarketach. Dziękujemy.
Właśnie zawijałem sztućce w papierowe ręczniki, gdy do kuchni wpadł pies, trącił mnie nosem w rękę, i przypominając, że ranek nie trwa wiecznie, trącił jeszcze raz. Spojrzałem w psie oczy i najlepiej jak potrafiłem, wytłumaczyłem mu, że najpierw musimy się spakować.
– Idź do pani – powiedziałem.
– Merdu, merdu, merd – odpowiedział pies przy użyciu ogona i znów mnie szturchnął.
Wziąłem sobie jego sugestię do serca i zawijałem szybciej. Tak szybko, że niespełna godzinę później, spakowani, najedzeni i gotowi do drogi, wyjeżdżaliśmy z wąskiego podwórka wprost w nieznany i szeroki świat, przez który prowadził nas aksamitny głos Krzysia Hołowczyca.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdy sierotka z bajki zdrarła już podeszwy żelaznych butów, pies dokładnie zapluł kokpit auta, a żona po raz pięćdziesiąty spytała, czy daleko jeszcze, Krzysio ochrypłym ze wzruszenia głosem poinformował nas, że właśnie dotarliśmy do celu. Nie będę ukrywał, też się wzruszyłem.
Pod przydrożnym krzyżem odbiliśmy w prawo i zjechaliśmy na biegnącą między niskimi domami piaszczystą ścieżkę, która wiła się jak upstrzona kępami traw rzeczka w kolorze ecru, by za zakrętem, wbić się między drzewa i lawirować między rudymi dębami i złuszczonymi pniakami świerków. Tam, flankowana przez krzewiny jagód i dostojne muchomory, mknęła wzdłuż brzegowej linii, omijając kępy tataraku.
– Może być – sapnęła małżonka, gramoląc się z samochodu. – Się podoba.
Ucieszyłem się, bo i mnie to miejsce urzekło. I ta ścieżka, i te trawy, i jezioro. Czuło się tę młodą jesień w powietrzu i babie lato na skórze. Bo my, na wakacje, jeździmy tylko jesienią. Tak najwygodniej, bo to i upałów nie ma, i tłumy wczasowiczów nie czopują ścieżek, a i wódka jest zawsze zimna, nawet jeśli zapomnę włożyć ją do lodówki.
Małżonka bardzo dba o to, by czas i miejsce urlopu sprzyjały wypoczynkowi. Pozwoliły na relaks i błogie leniuchowanie. A to wcale nie jest proste. Oj nie. Sami powiedzcie, jak się zrelaksować, gdy na oblanym słońcem bulwarze czy choćby w kolejce po piwo, wylezie przed oczy roznegliżowana łania w skąpym bikini. No, nie zrelaksuje się człowiek. Przynajmniej nie ja. Jak tylko taką zobaczę, zaraz mnie żałość bierze na te nereczki odkryte, na te korzonki na wiatr wystawione, na te kolanka gołe, i już o niczym innym myśleć nie mogę, tylko o tej nieszczęsnej łani. Oczyma za niebożątkiem wodzę i tak sobie dumam, że biedna ci ona jest. Nie w tej chwili, rzecz jasna, ale za kilka lat będzie. Gdy już włos jej się wysrebrzy, oczy wyblakną, nóżki skręcą reumatyczne bóle, plecki zegną stany zapalne, a stawy pokąsają boleści, biedna ci ona będzie, aż strach. Wtedy pewnie wspomni uroczego pana, który nie potrafił przejść obojętnie obok jej niedoli i litościwie zaprosił na kawę, by się choć trochę ogrzała. Tylko że mi, ta cała kawa cholernie szkodzi. Zwłaszcza w dużych ilościach. I się później małżonka denerwuje. I jęczy, i ględzi, i marudzi, że się szlajam, że o zdrowie nie dbam. A przecież ja nic innego nie robię, tylko właśnie o zdrowie dbam. O zdrowie tych nieszczęsnych dziewcząt, tych krótkowzrocznych łań z wystawionymi na wiatr nereczkami.
I właśnie z powodu mojego nadmiernego altruizmu, żona najchętniej zabiera mnie tam, gdzie kobiety są odziane rozsądnie. Od brody po pięty. Na głowach mają czapki, na zębach aparaty korygujące zgryz, a nerki wygrzewają pod puchową kurtką, albo przynajmniej wydzierganym na drutach swetrem. Wtedy wszyscy są zadowoleni. To znaczy, żona tak twierdzi. Ja tam lubię nieść bezinteresowną pomoc i udzielać się społecznie, ale cóż. Teraz nie troskam się losem nieboraczek, nie opijam się kawą jak wygłodniały po zimie kleszcz, a żona nie traci czasu na szukanie mnie po knajpach.
I właśnie dlatego na wakacje pojechaliśmy we wrześniu. Dodam, że tym razem wyjazd mieliśmy sponsorowany. Koleżanka z pracy, której altruizm niemal dorównuje mojemu i przewyższa go tylko wiara w drugiego człowieka, użyczyła nam swojego domku wypoczynkowego. Wzruszyłem się jak diabli, choć, gdzieś tam, głęboko w trzewiach, wykluła się wstrętna obawa i przyczaiła za trzustką. Bo wiecie, głupio byłoby zawieść takie zaufanie. Trzeba się pilnować. Co tam, się, trzeba pilnować psa, i rzecz jasna, żony. Co innego, gdybym był sam, wtedy wszystko byłoby proste. Spędzałbym większość czasu w kawiarni, a na chatę przychodził się wyspać. Ale z żoną i psem to nie przejdzie.
Zatem cieszyłem się i troszeczkę bałem. Z niepokojem obserwowałem poczynania naszej grupy, ale wyglądało na to, że jesteśmy całkiem normalni i zachowujemy się standardowo. Pies obwąchiwał krzaki, a żona zaglądała za płoty okolicznych domków, by sprawdzić, czy nie ma tam roznegliżowanych niewiast jak sąsiedzi mają urządzone podjazdy i ogrody. Znać, były urządzone gustownie, bo zadowolona, ruszyła z psem obwąchać teren, który na kilka najbliższych dni mieliśmy do swojej dyspozycji. Patrzyłem wzruszony, jak cieszą się tarasem, trawnikiem i omszałymi schodami, wiodącymi nad wodę. Uśmiechnięty poszedłem po bagaże.
Gdy przyniosłem pierwszą partię, jedna zdążyła spaść z pomostu, a druga zrobić kanapki, co poznałem po tym, że pies był mokry, a żona wysmarowana pasztetem.
– Pies spadł z pomostu – powiedziała żona – a ja zrobiłam kanapki. Tylko mi pasztet upadł.
– To dobrze – powiedziałem i poszedłem po następne torby, bo same się przecież nie wniosą. – Tylko nic więcej nie róbcie – dodałem na odchodne – dobrze? I nie wpuszczaj psa do domu. Żeby nie nabrudził.
– Nie wpuszczę. Jeszcze by się pośliznął na pasztecie.
Usiadła na ławce i próbowała oprzeć nogi o poręcz werandy. Ale, albo poręcz była za daleko, albo nogi miała za krótkie, bo brakowało jej dobre pół metra.
– Ta poręcz jest za daleko – powiedziałem bez namysłu, bo jestem mężem ze stażem i instynktownie wiem, która opcja jest właściwa. – Przysuń sobie ławkę, bo sobie zęby wybijesz, albo coś złamiesz.
– Nie złamię – powiedziała i wyciągnięta na całą długość, machała stopą.
Schowana za trzustką obawa zaśmiała się histerycznie, ale zatkałem jej usta kanapką i wróciłem do samochodu po psie legowisko. Pies trącił mnie nosem w rękę, przypominając, że zbliża się pora obiadu i coś by już zjadł.
Wieczorem, gdy już przyniosłem wszystko, co było do przyniesienia, wypakowałem, co miało być wypakowane, rozpaliłem grill i napaliłem w kominku, wreszcie wyciągnąłem się na tarasowej ławce, wyjąłem fajkę i rozpocząłem wakacje.
Dzień leniwie zsuwał się za horyzont, malując pomarańczem wypłowiały od słońca błękit. Ciepłe promienie ostrą kreską rysowały krawędzie chmur rozrywane przez kołujące nad wodą ptactwo. W dole, przy pomoście, krzyczała łyska, a dym z fajki smużył się nad stołem, zaprawiając wiśniowym aromatem wieczorne powietrze.
– Ale cicho – powiedziała żona. – Słyszę swoje myśli.
– Ćśś – przerwałem jej – słuchaj.
Na drzewie bogatki kłóciły się z modraszkami, aż zniecierpliwiona sójka wyprysnęła spomiędzy gałęzi i odleciała na sąsiednie drzewo. Z szuwar wypłynęła kaczka krzyżówka, z pluskiem otrzepała skrzydła i ruszyła w stronę brzegu. Gdzieś w dali, dzięcioł wystukiwał depesze z zawzięciem przedwojennej telegrafistki.
– Ale cicho – powtórzyła żona.
Pies zaskamlał i trącił mnie nosem, przypominając, że zbliża się wieczór i pora wracać do domu.
Położyłem palec na ustach, pogłaskałem psa i upajałem się dźwiękami natury.
– No to remiczek – powiedziała żona tasując karty.
Ułożyła w dłoni nierówny wachlarzyk i nucąc pod nosem szukała sekwensu. Wreszcie rzuciła kartę na stół i zaśpiewała na całe gardło.
Przyznaję, zaskoczyła mnie. Z reguły, świadoma tego, że w akcie kreacji stwórca zapomniał obdarzyć ją talentem muzycznym, starała się nie uprzykrzać życia sobie i innym. Szybko zrobiłem rachunek sumienia, czy nie podpadłem czymś zasługującym na karę, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Z rozmyślań wyrwał mnie pies. Zaskamlał z wyrzutem i trącił w rękę nosem, przypominając, że ma wrażliwy słuch. Poklepałem ze współczuciem bydlątko i wziąłem karty.
– Jak się wyłożysz, to zaśpiewam “Wszystkie rybki śpią w jeziorze” – powiedziała żona.
Miałem sekwens, ale się nie wyłożyłem. Aż tak odważny nie jestem. No i na litość boską, nie jesteśmy tu sami. Na własne oczy widziałem, że mieszkają tu ludzie. Tu, to znaczy w tej wsi. A wiecie jak głos się niesie po wodzie?
– Ty wiesz, jak się niesie głos po wodzie? – spytała żona, przerywając śpiewanie. – Możemy wyć jak wilki i nastraszyć tubylców.
Pies zaskomlał, a po drugiej stronie jeziora coś zawyło.
– No i już zgapili – powiedziała z żalem. – To wracamy do śpiewania.
A później poszliśmy spać. Wpełzłem w pachnący nowością i chińską farbą śpiwór. Pies usiadł obok łóżka i trącił mnie nosem, przypominając, że już późno i czas wracać do domu. No i tak mnie już trącał do rana. Co kilka minut.
Świt wyskoczył zza horyzontu z wiadrem i chusteczkami. Chlusnął rosą i jął odkurzać listki. Zdziwiony, zamarł ze szmatą w dłoni.
– Nie śpisz? – spytał.
– Pies mi nie daje – odparłem. – A ty?
– Ja sprzątam. – Zażenowany spotkaniem, miął ścierkę, aż odpadały z niej skrawki mgły i umykały nad wodę.
– To, ten – powiedziałem – może ci pomóc?
– Nie trzeba. – Uśmiechnął się z wdzięcznością. Nie tak łatwo poradzić sobie z mgłą. Diabelnie kapryśna.
Głupio mi się zrobiło, bo miałem w kuchni cały komplet ścierek, a tu się chłop męczy z oparami.
– Słuchaj – zaproponowałem – może dam ci jakąś szmatkę. Prawdziwa mikrofibra.
Uśmiechnął się tak, że mi się w środku ciepło zrobiło. Usta same mi się rozjechały w bliźniaczy grymas, a on zbliżył się i tą swoją utkaną z mgły ścierą dał mi prosto w pysk. Poczułem woń jeziora, butwiejącego tataraku i chyba kurczaka.
– No co – stęknąłem.
Świt zaczął dyszeć i zdzielił mnie jeszcze raz. Zaskomlał. Otwarłem oczy. Dobry pies ucieszył się i znów mnie chlapnął jęzorem, przypominając, że pora na spacer.
No to poszedłem. Rozbawiony snem wziąłem psa do lasu i tam, pod żołędnymi oczami dębów, podziwiałem naturę. Wszystkimi zmysłami. Poranny wiatr przyleciał poigrać z moimi włosami, ale że nie znalazł czupryny, gładził mnie po głowie jak czuła, choć nieco chłodna matka. Jesienne słoneczko zaglądało mi w oczy, a rosa chłodziła stopy, przy okazji mocząc skarpety. Choć z niewyspania, trochę szumiało mi w uszach, w tle słyszałem ptaki.
Później zrobiłem śniadanie i poszedłem po drewno do kominka. Gdy wróciłem, żona jeszcze spała. Usiadłem na tarasie. Pies położył się pod stołem, oparł pysk na mojej stopie i uciął sobie drzemkę.
Byłem tylko ja i cisza. I igrające w igliwiu ptaki, i kaczki na jeziorze. Dzięcioł porzucił pniak i odleciał w las. Z dachu smyrgnęła wiewiórka. Przez chwilę balansowała na krawędzi płotu, aż czmychnęła między liście winogron. Rozsiadłem się wygodnie, nabiłem fajeczkę, łyknąłem whisky. I upoiłem się tą brzęczącą, ćwierkającą ciszą. Była piękna. Myśli płynęły leniwie jak obłoki, alkohol przyjemnie grzał gardło. Cisza, sapanie psa i cisza. Może mi się zdawało, ale po drugiej stronie jeziora dostrzegłem jak Świt znika w kępie tataraku. Po wodzie niósł się skrzyp rączki emaliowanego wiadra. A może to raniuszek, albo czubatka? Kto wie? I tak pomachałem do niego. Pies podniósł łeb i trącił mnie nosem, przypominając, że jest już późno i może wrócimy do domu, ale rozejrzał się, zasłuchał i z powrotem zasnął.