Praczki, uczony i różowe gacie

ARK_2263xx

 

 

Dawno temu, kiedy świat był jeszcze szary i bezbarwny, a drogami, zamiast samochodów, jeździły furmanki i wozy drabiniaste, raz w tygodniu wiejskie kobiety zbierały się przy granicy wioski i razem szły nad wodę.

Kiedy mężczyźni orali, siali i uprzątali spod zwierząt kupy, kobiety klękały na brzegu jeziora, wrzucały do wody brudną odzież i prały. Tłukły materiał kijankami, aż farbka, która w tych czasach była licha i nietrwała, bo jeszcze nie produkowano jej w Chinach, spływała z ubrań, barwiąc fantazyjnie wodę, a zachwycone kolorami wieśniaczki podkasywały spódnice, wbiegały do jeziora i pląsały, śpiewając i klaszcząc z uciechy.

ARK_2226x

Pewnego dnia młody akademik, chcąc odpocząć od trudów nauki, wybrał się do lasu na grzyby.

Błąkał się w gęstwie w poszukiwaniu rydzów, w których znajdował szczególne upodobanie. Zwłaszcza z jajecznicą, dużą ilością cebuli i odrobiną białego pieprzu. Właśnie rozgarniał obiecującą kępę trawy, gdy usłyszał głosy miejscowych praczek. Zaciekawiony, ruszył w kierunku, z którego dobiegały śmiechy i piski, a gdy ostrożnie wyjrzał zza krzaka tarniny gęsto porastającej granice lasu, jego oczom ukazał się zachwycający widok. Roześmiane istoty w podkasanych wysoko spódnicach beztrosko bawiły się w wodzie, która mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Choć akademik miał dwa fakultety, mówił trzema językami, a łaciną posługiwał się lepiej niż proboszcz, na prozaicznych czynnościach nie znał się wcale. Jak większość mężczyzn nie zaprzątał sobie głowy rzeczami banalnymi. Nie dumał nad tym, kto zostawia papier toaletowy w wychodku, czyści naczynia po posiłkach, opuszcza deskę klozetową, czy zostawia na jego szafce czyste ubrania złożone w kostkę. Nic więc dziwnego, że gdy uczony zobaczył praczki, uznał je za cudowne istoty. Z zachwytem patrzył na białe łydki i jędrne, toczone uda, na skórę zroszoną błyszczącymi w słońcu kropelkami wody. Jego zwiędła podczas ślęczenia w bibliotekach wyobraźnia ocknęła się, otrząsnęła z kurzu i domalowała kilka rozkosznych elementów do widzianego obrazka.

Wiele lat później ów młodzieniec zasłynął poważną dysertacją naukową o rusałkach, a pod wpływem jego dzieła wielu studentów i doktorantów ruszyło w lasy, by na własne oczy zobaczyć te mityczne istoty utkane z mgły i wodnej piany. A gdy gruchnęła wieść, że wodną pannę można złapać, jeśli skradnie się jej ubranie, okoliczne lasy zaludniły się bladymi młodzieńcami o niezdrowej cerze i panami w średnim wieku o niezdrowych umysłach.

Praczki nieświadome wkładu, jaki wniosły w kulturę, kontynuowały cotygodniowe spotkania.

Dalej wspólnie chodziły nad wodę i prały, a gdy tylko farbki zabarwiły wodę, tańczyły i igrały dopóty, dopóki kolory nie zmieszały się ze sobą i nie przemieniły w brunatną plamę. Wtedy kobiety smutniały, wracały na brzeg i kończyły pracę, śpiewając smętne piosenki o zjawiskach atmosferycznych.

ARK_2222x

Ponieważ nie znały się na fizyce, nie wiedziały dlaczego kolorowa woda robi się nagle brzydka. Więc gdy pewnego dnia jedna z młodszych dziewcząt rzuciła, że to stare kobiety swoimi pomarszczonymi stopami paskudzą zbiornik, ochoczo sprawdzono tę teorię. Odtąd do wody miały wchodzić tylko młode kobiety, a starsze mogły tańczyć tylko na brzegu. Choć początkowo wydawało się, że selekcja nie nastręczy większych trudności, już podczas pierwszej wizyty nad wodą okazało się, że poza ewidentnymi przypadkami, jak Agata, której przeżyte lata odebrały niemal wszystkie włosy, a twarz upodobniły do drzewnej kory, trudno ustalić kto właściwie jest stary, a kto jeszcze niezupełnie. Niewiasty bezwstydnie ujmowały sobie lat, każda mieniła się młodą, a propozycję pozostania na brzegu odbierały jako zniewagę. Nieraz rozsierdzone, miast tańczyć, chwytały się za kudły lub okładały kijankami. A co wrzasku przy tym robiły, co wyklinały. Szczęście, że wielebny w dni prania nad wodę nie chadzał, bo zgroza by go zdjęła i pewnie by uznał, że zły sioło nawiedził i kobiety opętał. Tak więc panie chodziły skłócone, wiecznie rozczochrane, a pod warstwami mąki ukrywały fioletowe sińce. Miast pracować, wyzłośliwiały się i opowiadały mężom brzydkie rzeczy na sąsiadki. Źle się zaczęło dziać we wsi. Sąsiad sąsiadowi soli nie pożyczył, przy zwózce z sianem nie pomógł, akuszerka szła do położnicy okrężną drogą, a tak mitrężyła, że szybciej przyjechał doktor z miasta, niż ona dolazła.

ARK_2301x

Najstarsze praczki, które dość już miały kłótni i zakazu wchodzenia do wody, zmówiły się i poszły po radę do Janki, którą bezzębne dziąsła i skrzywione wiekiem plecy i znajomość ziół wyniosły do godności wioskowej inteligentki.

Starucha długo żuła przyniesione przez nie w darze chlebowe skórki, dumała, mlaskała i pociągała nosem. Wreszcie zmrużyła załzawione oczy, wyrzuciła baby z chałupy i rozpoczęła czary. Pół nocy rzucała kości kruka, spaliła żywcem trzy nietoperze, wpatrywała się w dym i wodę, ale nic nie zobaczyła i nic nie wymyśliła. Zniechęcona, zasiadła do kolacji. Zamoczyła w misce z barszczem skórkę, by zmiękła. Gdy czerstwy chleb chłonął wilgoć, zadumała się, sięgnęła po resztę przyniesionych przez kobiety skórek, garnki z innymi potrawami i przygotowane na zimę weki. Świtało, gdy zjadła ostatnią skórkę i zanotowała w zielniku wyniki badań. Najpaskudniej smakował barszcz z jajecznicą i miodem, a najlepiej gorzałka. Najciekawszy było trzecie odkrycie. Janka dopiła resztę wódki, pośliniła ołówek, podkreśliła ostatnie zapisane zdanie i zwaliła się ciężko na siennik.

– W jednym jeziorze pierzcie tylko jeden kolor – powiedziała rano kobietom, które już od świtu stały pod jej drzwiami, czekając na efekty zaklęć. – Wybierzcie sobie staw do czerwonego, inny do zielonego, i jeszcze inny do żółtego. I tak róbcie z każdym kolorem.

ARK_2305x

Kobiety podziękowały Jance i od tej pory, miast w jednym, prały w kilku różnych jeziorkach. Dzięki temu mogły się cieszyć kolorami w wodzie tak długo, jak długo miały na to ochotę.

Właśnie tak powstała koncepcja segregowania ubrań przed praniem, i zupełnie przy okazji, kolorowe jeziorka w Wieściszowicach.

Niektóre tradycje warto kultywować. Nie mówię, żeby dosłownie, toczka w toczkę, ale przynajmniej trzymać się idei.

Pamiętam, jak w sobotę babcia wkładała granatowy fartuch malowany w czerwone kwiaty, motała na głowie chustkę i robiła pranie.

Cały dom pachniał płatkami mydlanymi i proszkiem, a zza kuchennych drzwi wydobywały się kłęby pary, chlupot wody i śpiew babci, która schylona nad metalową balią szorowała bieliznę na tarze. Piosenek pamiętam tylko fragmenty, coś o słońcu, wierzbach, wietrze, chmurach i drodze. Nigdzie takich nie słyszałam. Może były śpiewane tylko podczas prania. Może słów i melodii dzieci uczyły się od matek i babek, a gdy rytuał prania się skrócił, piosenki straciły sens i przepadły. No bo co można zaśpiewać podczas wrzucania ubrań do bębna pralki? Toż nawet na jedną zwrotkę czasu nie wystarczy. Zatem ja nie śpiewam, tylko szybko, pach, pach, wrzucam szmaty, sypię proszek, ustawiam program i koniec. Teraz już pracuje pralka, a ja mam labę. Mogę się zrealizować podczas, dajmy na to, siekania marchewki. Zatem siekam, pralka pipka. Znać, skończyła szybciej niż ja.

ARK_2273x

– Co się stało z moimi majtkami? – krzyczy mąż z łazienki.

– Są czyste – odpowiadam i dalej znęcam się nad warzywami. – Uprane.

Siekam i kroję aż furczy, plastry lądują w misce, a w progu staje mąż.

– Ale dlaczego są różowe?

Spozieram na niego i natychmiast kieruję wzrok na powstającą sałatkę. Ach, ten szczypior zielony i…

– I skarpetki też różowe – mówi mąż, przerywając kontemplację szczypiorem. – Wszystko jest różowe.

Odtwarzam w pamięci proces ładowania pralki i jestem pewna, że coś wówczas przeoczyłam. Jakiś istotny element.

– No, jak wszystko, to wszystko, skarpety i majtki też – odpowiadam, choć trudno tę sentencję uznać za filozoficzną, a wiem, że historia lubi zaskakiwać, los bywa przewrotny i może to właśnie te słowa wyryją mi kiedyś na nagrobku.

– Zostaw te jarzyny i jedźmy gdzieś – westchnął i zabrał mnie tam, gdzie panie nie zapominają o segregowaniu ubrań przed praniem, raz w tygodniu tańczą rusałki, a za krzakiem tarniny można spotkać akademika.

ARK_2220xx

2 Responses

  1. First of all I want to say terrific blog! I had a quick question that
    I’d like to ask if you don’t mind. I was interested to find
    out how you center yourself and clear your mind before writing.
    I have had a difficult time clearing my mind in getting my ideas
    out there. I do enjoy writing but it just seems like
    the first 10 to 15 minutes are usually wasted simply just trying to figure out how
    to begin. Any ideas or tips? Many thanks!

    • I have no such problems , but apparently good results, Pomodoro technique , which was invented by Francesco Cirillo .
      It consists in the fact that you write 25 minutes and do a five minutes break . Again you write.
      pomodorotechnique

Leave a comment